PAMIĘTNICZEK: Wyparcie rodzinne, kryzys emocjonalny - i co teraz zrobię?

O kurwa. 
Nawet nie wiem jak mogłabym sensownie zacząć. Bo w moim życiu i w moich myślach, jakiś czas jest stabilnie, a za chwilę wszystko się wali. Ale czy tak naprawdę to dla mnie koniec świata? Jak radzę sobie z wyparciem rodzinnym? To temat przewodni na dzisiaj. Rodzina.
Zacznijmy od segregacji relacji. Jak ją sobie każdy z nas wyobrażał? Może jako coniedzielny obiadek, działkowanie i grillowanie, a może ograniczony kontakt dosłodzony codziennymi pogawędkami przez telefon? Są i tacy, co nie mają kontaktu z rodziną i chyba ta ostatnia opcja byłaby w mojej sytuacji najrozsądniejsza i trafna. Ale czy na pewno? 

***

No ale co tak naprawdę przekazujemy swojej rodzinie w tych przekaźnikach [w formie spotkań]? 

Wszystko ok. Lej to piwo! Tak, byłam dzisiaj w pracy, jest spoko. Serio sąsiadka napisała na Ciebie donos a pies z osiedla sra pod twoim oknem?

No... także ten...





Samowystarczalna bańka.
To chyba największy problem relacji rodzinych. Gadanie o codzienności i mówienie, że wszystko OK. A wielokrotnie nie było ok. Ta cała szopka, żeby nie martwić babci z nadciśnieniem i to obrzydliwe kamuflowanie emocji. Fuj. 
Ja - nigdy nie umiałam otwierać się na moją rodzinę emocjonalnie, wystarczyła mina, która była nie taka, zbyt chuda koperta na komunii kuzyna i cyk, kontakt urwany - bo jestem dziwadłem, zachowuję się tak czy siak, a jeszcze do tego wszystkiego dodajmy bycie pseudosknerą w ich odczuciu. Tak. Bardzo się mylą. Od dziecka nie miałam możliwości, jak większość dzieci zresztą... wyrażać się i otrzymywać chociażby najmniejszą krztę wsparcia i wyrozumiałości. Tylko liczby - to było coś, co rozwiązywało każdy problem. Miałam sztucznie się uśmiechać na każdym spotkaniu, ubierać "normalnie", ściągać metal z twarzy, ażeby przypadkiem nie przyprawiać o mdłości przy stole na kawce, a już nie mówię o odkładaniu kilkumiesięcznym chorych kwot, żeby zadowolić rozpieszczone dzieci w rodzinie, bo taką cenę ma wdzięczność. Rodzina daje tyle i tyle, bo ich stać, a ja miałam umniejszać sobie kilka miesięcy, żeby to gorszą nie być. Bo wypada. Bo tak trzeba. Przecież tyle dla mnie zrobili, co nie?  Pułap finansowy na Święta i narzekanie na Grudzień to był zawsze największy hit; wyścigi, kto będzie miał droższy prezent i brak udziału w spotkaniu niektórych członków rodziny, bo jak to tak... dostać prezent za 3 stówy, kiedy to nie każdego było na takie wydatki stać w odwzajemnieniu, a więc - zamiast rodzinnego ciepła i atmosfery nie do podrobienia, roztrzygała się debata o prezenty, oczywiście ustawione. Odgórnie wiedziałam, że takie życie, nie jest dla mnie. Szukałam czegoś innego... z chwilą jak zaczęłam być po prostu sobą, nie ukrywać się, dawać tyle - na ile było mnie stać i mówić to - co czuję i jak jest. Moim prezentem okazało się urwanie kontaktu. 

To w końcu z kim, było i jest; coś nie tak?
 
Nie nauczono mnie kontrolować własnych emocji. Wiele ludzi, przy których się otwierałam, wielokrotnie sprowadzało dyskusję ku końcowi nie chcąc mnie słuchać. Spokojnie, ja przywykłam i pryzwyczaiłam się do tego rodzaju bólu. Moje wnętrze nie istniało, a stworzyli je ludzie i relacje spoza rodziny. Pierwsze miłości, przyjaźnie, straty. Te lekcje, mnie wykreowały. A ja dalej słyszę, "-Jakie wnioski wyciągnęłaś hm? Ciągle się użalasz nad sobą! Słyszę do enty raz... ogarnij się!"
Serio?
A kiedy miałam nauczyć się je wyciągać? Ludzie to ruletka i nie wiesz na kogo trafisz, choćbyś się zesrał pod siebie z napinana tych całych starań. Jeśli myślisz, że 30cm'owy kebab obok dworca jebie cię w dupsko na drugi dzień w toalecie bardziej, i to dopiero twoja definicja bólowa. To nie. Bo takie coś, to nic. Wiele bym dała, żeby czuć tylko ten rodzaj bólu. Ale jak już wspomniałam wcześniej... przywykłam, a wnioski? No cóż. Jak są to są, jak nie - to nie. I dajcie już spokój. 
Jest mi przykro, że moja rodzina tak pochopnie oceniła moją postawę i zmiany. Skoro oczekiwałam rodzinnej atmosfery, ponadto zaczęłam się tak zachowywać, ażeby to jakiś wzorzec pokazać, jakby fajnie mogło być, tak po prostu; nie patrząc na kwoty, zwierzać się najbliższym i móc być sobą... a oni? Skreślili mnie. Ale czego się spodziewałam? W wieku 25 lat, dopiero teraz, zaczęłam brać odpowiedzialność za swoje skutki uboczne niewyciągania wniosków z ważnych lekcji i zapisałam się do psychiatry, żeby przepracować swoje dzieciństwo. Brawo ja. Zrobiłam to. Oni nie znali takiej mnie. Zbuntowałam się, ale nie tylko im w ich odczuciu, ale również sobie. Dla czegoś lepszego. No bo jak mam pokazywać swojej córce Świat, skoro mi - nie został on ukazany tak jak powinien? Robię to dla siebie, mojej Sofii i dla bliskich dla mnie ludzi. Człowiek to nie jest koń pociągowy, posiada pewien limit, który emocjonalnie i psychicznie może unieść. Empaci dźwigają dodatkowo obce bagaże. Współczująco i pocieszająco napiszę w dozie zrozumienia, że spokojnie, miałam do pewnego czasu tak samo. Odnalazłam jednak poglądy, gdzie zafascynowana energią, nauczyłam się odcinać od tych negatywnych, którzy inni na mnie przelewali i już przynajmniej nie dźwigam tego niepotrzebnego balastu. 

Żyjmy dla siebie...
Nawet się cieszę, że już po wszystkim. I tak czułam się obco w gronie własnej rodziny na tych sztucznych spotkaniach. Bo wyciągnęłam WNIOSEK. - Zniszczyli mnie. Nie doceniali. A częściej słyszałam, że nic nie osiągnę niżeli osiągnę. Przez to przywiązanie do materializmu i profitów rodzinnych, zapomniałam w pewnym momencie kim jestem jako ja dla samej siebie w tym systemie. Miałam problem określić kierunek zawodowy, doskwierało mi poczucie niskiej wartości, miałam kompleksy, a gdy mówiłam głośno co czuję - uciszano mnie. Byłam bardzo samotna. Wchodziłam w relacje, które nawet nie wiem jak powinny wyglądać bo byłam tak bardzo głodna bliskości, emocji, że przerażałam swoją obecnością i tempem w jakich dana relacja rozwijała się. W pewnych momentach zapętlałam się w wirze popełniania tych samych błędów przy każdym napotykanym człowieku, który na początku, okazał mi - choć odrobinę zainteresowania moją osobą. I nie mam zamiaru za to przepraszać czy czuć wstydu. Po prostu chciałam w końcu dla kogoś zaistnieć.  

Wzorzec z kosmosu
No ale powiedzcie mi. Kto, miał nauczyć mnie wzorca jak to wszystko powinno wyglądać? Oceniania pryzmatem postępków, nikt nie doszukiwał się powodu wielu moich zachowań. Nawet jeśli jestem świadomą samowystarczalną kobietą - miewam naprawdę silne stany lękowe, nerwicowe/kompulsywne zachowania, spadki nastroju czy skoki maniakalne. No kurwa mam do tego prawo. Bo jestem tylko człowiekiem. Nawet jeśli w czyimś odczuciu powinnam to czy tamto, to tylko i wyłącznie w jego oczach i głowie. On zasad nie ustalał, bo on, kieruje się tym co robi i jak robi - większość społeczeństwa. Naśladujemy się jak małpy w ZOO. Nie mów jak ktoś ma żyć, bo to tak słabe, że aż nie mam ochoty o tym pisać. Już pisałam jeden post o tej tematyce i byłam zniesmaczona po tym esejo-felietonie. Nie tym razem ok. 
Tak, buzują mi emocje pisząc to co piszę, idzie odczuć, że przemawia przez tą treść - gniew, żal, desperacja i tak dalej... ale właśnie taki miał być. Tak wyglądają kryzysy. Trzeba to przepracować. 

Wyparcie rodzinne
Mój syndrom sztokholmski, mówi mi, że moi oprawcy [rodzina], wyparła się mnie i z tego powodu jest mi przykro i czuję ból. W sumie... ktoś kto mnie zniszczył, obniżał wartości życiowe - odchodzi, a ja? Cierpię. No bez sensu. Powinnam poczuć ulgę tak? W sumie jestem świadoma, że tak będzie lepiej, ale mam i noszę w sobie ból, w którym przejawia się taka pewna niesprawiedliwość i niekompletność jak taki zestaw 1000'ca puzzli bez jednego elementu. Czuję ten brak rozmowy, wyjaśnień, które uważam, że powinny mieć miejsce przed tym całym przedstawieniem. A raczej opuszczeniem kurtyny słabego machania kukiełkami z badyla i prześcieradła. Nie nauczono mnie wyrażać uczuć w ich gronie, a zostałam oceniona negatywnie, bo minę miałam nie taką jak powinnam. Serio? Brak mi słów. Boli mnie, że nie jestem w stanie na tyle manipulować ludźmi, żeby otworzyć im oczy i uświadomić, co odpierdalają. Bo to dla mnie chore. Ja, widziałam życie rodzinne nieco innym pryzmatem. Jako dziewczynka, która pragnęła zrozumienia, bliskości i wsparcia. Skoro już pojawiłam się na świecie, ich jednym z obowiązków było pokazać mi ten świat, a nie tylko karmić jak zwierzątko w klatce i zapewniać atrakcje jak kołowrotek czy domek, a od czasu do czasu ciepnąć słodkie dropsy obok tej suchej jak wiór karmy czy słodką kolbę. Od dziecka radziłam sobie sama i nikt nie wziął odpowiedzialności za to co dzieje się w moim wnętrzu. A teraz te ktosie, mają pretensje, że jestem taka. To tak, jakbyś oddał schemat jakiegoś urządzenia komuś innemu, a na rezultat pluł, bo ci się nie podoba. Dlatego zrozumiałam, że nie ma co usilnie szukać miejsca w czyimś życiu, jeśli ta osoba tego nie chce. Tak samo nie sugerować się opiniami. Skoro oni, nie akceptują i nie tolerują mnie, nie ma tu dla mnie miejsca. Zresztą... to nie oni mnie wykreowali tak? Po prostu bali się czegoś, co jest dla nich nieznane. Jest jak jest, staram się poukładać myśli. Ciężko mi się odnaleźć, bo jak na razie byłam nauczona tylko tego, że za profity - powinnam sobie umniejszać i okazywać własnej osobie brak szacunku, ażeby właśnie w ten sposób okazać wdzięczność za darowaną mi pomoc, z reguły finansową. Rozumiesz powagę? Wpajano mi, że wdzięcznością za pomoc jest to, że trzeba sobie umniejszać. Co? 
"-Pierdole takie coś. Nie jestem psem na komendy, który za nagrodę będzie się wam płaszczyć."
Takie słowa jako ostatnie padły przeze mnie w stronę rodziny. Bo pomoc, powinna być bezinteresowna, jeśli jednak ktoś oczekiwał ode mnie poświęceń, wdzięczności, gdzie musiałam odejmować sobie - to nie, nie była to pomoc.

Co teraz? 
Planuję swoją przyszłość bez mojej rodziny i jej "pomocy". Obiecano mi wsparcie i złote góry, a tak naprawdę nie akceptowano mojego stylu i sposobu życia. Będzie mi lepiej samodzielnie wziąć za siebie odpowiedzialność, a to dla tego, że robiłam to ciągle sama i już to znam. Będzie prościej. Ciągle gdzieś tam wierzyłam, że będzie inaczej. No ale w mojej głowie i chorej idealizacji mojej rodziny i tłumaczeń, pustych zresztą - że to rodzina, a jej sobie nikt nie wybiera i jest jak jest. Nie. Tak nie musi wyglądać nasze życie. Myślę, że teraz. - Poczuję wolność. I to wcale nie tak, że skoro zajmuję się tajnikami samoświadomości i kontroli energetycznej, że ujrzę problem i bez mrugnięcia okiem wywale jak wór śmieci z mojej głowy. Oddzielmy świadomość od emocji - czyli czegoś, co w organizmie człowieka wprowadza zmiany na tle chemicznym. Nie mam na to większego wpływu. Będę walczyć. No ale skąd biorę tą siłę? 

Prawdziwa rodzina
Dziękuję każdemu kto jest teraz w moim życiu. Dziękuję za każdą poświęconą mi chwilę, zmartwienie i bezinteresowną pomoc, wsparcie i miłe niespodzianki. Są na tym świecie rzeczy, które, ażeby opisać je słowami - odczułoby się ich brak, a alfabet przeistoczyłby się w jedną wielką pulpę. To właśnie czuję teraz. Mogłabym napisać cokolwiek. Choć czuję, że to podziękowanie to za mało. Jesteście moją rodziną. Tą, która wykreowała mnie na takiego człowieka jakim jestem teraz. Tym, który chcieliście, żeby walczył i kochał siebie. Kurwa, tak bardzo wam dziękuję. Wylewam przeogromne wartości mojej energii w tym momencie, uwalniając ból przeszłości w eter. Nie jestem w stanie określić, jak bardzo oczyszczająco działa na mnie to, że wyrzucam teraz łzami ból, który jako ciężar, nosiłam w sobie jako dziecko; do drzewa genealogicznego, który zapuścił we mnie zgniłe i zatrute korzenie. Dzięki wam, wiem jak to jest się dzielić, wspierać, poświęcać czas, słuchać wzajemnie i wszystko to, co powinam dostać od mojej rodziny jako mała dziewczynka. Mimo wszystko, chcę, żebyście wiedzieli, że teraz będę walczyć o siebie i z dumą patrzeć na własne odbicie w lustrze. Odrywając korzenie, odczuwam brak poczucia stabilności, ale skoro nie czuję pod sobą gruntu, może to najwyższy czas wzbić się w górę po więcej? Dzięki wam czuję się wyzwolona. Kochana, potrzebna i ważna. Dobrze wiecie, że możecie na mnie liczyć, a kiedy nastaje między nami cisza - myślami, jestem z każdym z Was. Rozwijam się duchowo, żeby pomagać, rozumieć każdego z Was bardziej. Jestem, nawet jeśli myślicie, że się oddalam. Doceniam wszystko, co dla mnie robicie. Nawet jeśli świadomość uczy egoizmu i pracy nad swoim potencjałem, to dzięki niemu, chcę być w Waszym życiu i darować bezinteresownie pokłady mojej energii w wasze życia. Na tym podłożu, mogę właśnie wspierać. I nie dam możliwości nikomu, żeby mógł was skrzywdzić. Bo o swoich ludzi się walczy;

Sandra. Jesteś ze mną od wielu lat. Pomimo tego, ile jest między nami różnic, dziękuję Ci za wsparcie, jakie od Ciebie dostaję. Ty - żyjesz bardziej praktycznie i przyziemnie, a ja - tak jak widzisz. Interesuje mnie rozumienie Wszechświata i te całe sprawy związane ze świadomością. Dziękuję Ci, za codzienność, dzieleniem się ze mną nowinkami, plotkami, nawet, jeśli to fotka z kibla z samego rana. Przy tobie nie musiałam nigdy wstydzić się tego - co wpajano mi, że powinnam. Dziękuję za możliwość swobody. Jesteś jedną z osób, która zna mnie lepiej. Byłaś przy każdym dobrym i złym momencie mojego życia, wtedy, kiedy zachodziły we mnie transformacje, łamano mi wielokroć serce, podczas szukania szczęścia metodą prób i błędów, a nawet wtedy, kiedy błądziłam i zawsze ze szczerą intencją dostawałam od Ciebie kopniaki mentalne...To, że jesteś, znaczy dla mnie naprawdę dużo. Nie wiem czy jestem dla Ciebie wystarczająco dobra... wielokrotnie mam do siebie żal, że nie umiem zorganizować naszych spotkań częściej. Ciągle nad tym wewnętrznie pracuję. Serio. 
Wiem, że każda z nas, chce dla siebie jak najlepiej, ale tak samo, każda inaczej to okazuje. Jesteś dla mnie bardzo ważnym człowiekiem i chcę, żebyś o tym wiedziała. Jesteś dla mnie również autorytetem, radzenia sobie z codziennymi wyzwaniami. Wzorcem, dzięki któremu wiem, że jeśli się chce - to się da. To jak taki plaskacz, który przypomina mi, że trzeba walczyć. Dziękuję. ~

Paulina. Nasza przygoda w rozwoju tej relacji; była powolna i chaotyczna z samego początku. Ale właściwie tylko po to, żeby zbudować solidne fundamenty, które ciężko byłoby teraz zwalić. Dzięki Tobie, nauczyłam się dokładniej przyglądać się ludziom i rozsądniej dobierać tych, których zapraszam do swojego wnętrza i życia. Dziękuję za rozmowy, twoją obecność, słuchanie tego co mówię, każdą poradę i wyrozumiałość mojego spierdolenia mózgowego. Chcę, żebyś wiedziała, że stałaś się dla mnie bardzo ważnym człowiekiem w moim życiu. Nawet jeśli obie błądzimy, staramy się szukać wzajemnie rozwiązań. To takie budujące. Wiesz, kiedy przemilczeć temat lub sytuację, a kiedy się odpalić jak z procy - kocham w Tobie ten kontrast. Na dzień dzisiejszy - nie wyobrażam sobie, że miałoby Ciebie nie być w moim życiu...Czuję się wyjątkowo, że to właśnie dla mnie otwierasz zakamarki swojej delikatności i tego co czujesz, bo wiem jakie to dla Ciebie intymne. Nie rozdajesz emocji i uczuć jak na targu i właśnie tego ludzie powinni się od Ciebie uczyć. W tym ja. Jesteś kimś, przy kim wiem, że mogę być sobą, brać przykład z wielu rzeczy, używać życia i doświadczać wartościowych relacji. Dziękuę. ~

Kacper. Ty wiesz co napiszę. Zawsze, ale to kurwa zawsze, rozśmieszasz mnie gdy jestem smutna. Jak mówię o jakimś problemie, ty tylko pytasz Gdzie, kto i kogo pobić. Doceniam najbardziej to, że możemy wzajemnie odczuwać naszą twórczość i pytać się co w niej zmienić. Widocznie jesteśmy dla siebie wzajemnym autorytetem, skoro dla każdego z nas, ważne jest zdanie drugiej osoby. Hm? Czuję się zaszczycona móc czytać coś, co powinnam zobaczyć jako gotowy produkt. To pewien rodzaj intymności twórczej, którą ciężko nawiązać jest z innym człowiekiem niż my sami, jako kreatorzy. Jesteś dla mnie w stanie rzucić wszystko i przyjechać jak jestem w potrzebie. Nawet jeśli się spóźniasz, to i tak zawsze robisz wielkie wejście. Jak na scenie. I zmieniasz moją rzeczywistość na coś lepszego. Napawasz mnie o nadzieję i optymizm. Jesteś wspaniałym przyjacielem, który potrafi dotrzymać tajemnic jak nikt inny. Dziękuję Ci, że jesteś. ~

Alex. Ty wiesz, że ja wiem, a ja wiem, że ty wiesz. Może przez naszą drogę było wiele nieporozumień, odczuć, które kierowały ku wątpliwościom ważności wobec siebie. To nie nie... To było złudne. Nawet jeśli piszesz mi te zmechanizowane jak horoskopy na polka.pl rzeczy, no kurwa, dziękuję Ci za Twoje wsparcie i poświęcony czas. Dzięki Tobie wiem, że lekarze i specjaliści to nie jest zło totalne. Dlatego było mi prościej podjąć decycję o przeżywaniu wszystkiego od nowa. Jesteś chaotyczny tak samo jak ja. Czuję, że mamy bardzo dużo powiązania na tle energetycznym. Wiesz o co mi pewnie chodzi. Nawet jeśli wzbudzasz we mnie to ironiczne poirytowanie, wiedz, że jesteś bardzo dla mnie ważny. Jesteś wspaniałym słuchaczem, a gdy potrzebuję pomocy, starasz się na tyle ile możesz. Wiem, że wysyłamy sobie potężne ilości energii. Zauważyłeś, że wszystko zaczyna się układać? Ostatnio doszłam do wniosku, że przerastasz niektórych spiętych w zasadach ludzi, bo oni nie są i nie będą gotowi poznać bliżej, tak przytłaczającej dla nich pokładów pozytywnej energii i myślenia, bez ograniczającego tabu i wiary w siebie oraz poczucia własnej wartości. Dajesz ludziom za dużo często zapominając o sobie. To bardzo szlachetne z twojej strony. Zawsze będę powtarzać, że jesteś za dobry i doskonale o tym wiesz. Zrobię wszystko, żebyś nigdy nie zapomniał w tym wszystkim o sobie, bo jesteś tego warty. Wiem, jakie masz problemy, a często odnosiłam wrażenie, że przy mnie na chwilę mogłeś o nich zapomnieć. Musimy koniecznie znowu iść do maka. Nawet jeśli nasze ciała to tylko i wyłącznie chwilowy kamuflaż i otoczka białkowa - nasza przygoda się nie skończy. Podziwiam Cię właśnie za szlachetność - bo nawet kiedy byłbyś na skraju emocjonalnym, fizycznym i psychicznym, będziesz chciał sprawić drugiemu człowiekowi dobrze. Jesteś wspaniałym przyjacielem. Nawet jeśli, czasami nie ma mnie przy ważnych wydarzeniach w twoim życiu, myślami zawsze byłam i jestem z tobą. Dziękuję, że jesteś. ~

  
  [edit.1; 17:30 21.12.2022]


Komentarze