Dwie strony 艢wiata

 I Codziennie mijamy nasze widzenia,

kt贸re miel膮 si臋 w 艂o偶u natchnienia,

na drodze do kurozialnego upojenia -

gdzie nie domaga od艣wi臋tnego przydybania.


W biegu dnia gdy rychtuj臋 banalny obiad -

witasz mi臋 prymitywnym smagni臋ciem zachwytu, od tak

Ja...ju偶 nie postuluje tych twoich gonad -

a kalkujesz te zwyczajki ju偶 od kilku lat; "Bo tak".


W nocy z kolei, pl膮sy Pi臋knej i Bestii;

odgarniasz li艣ciaste w艂osinki, a to hen urok maestrii.

Spogl膮dasz w me 艣lepka koloru browarnego -

wyszczeg贸lniasz co艣 wnet wymownego.


Cho膰 dzie艅 i noc to nasze dwie strony 艢wiata,

chyl膮 nam kolejne to potomne lata,

i pomimo tego, 偶e nie wydo艂a si臋 cz臋sto pokuma膰.

Kiknij w to... bo mi艂ujemy si臋 nadal.


Wiersz sk艂ada si臋 "z dw贸ch stron 艢wiata", jako kontrast relacji, gdzie noc jest nami臋tno艣ci膮, a codzienno艣膰 "prymitywn膮" i zwyczajn膮 rutyn膮.

 Czytany od g贸ry do do艂u - ukazuje starsze ma艂偶e艅stwo zakochane od lat, kt贸re w codzienno艣ci szukaj膮 porozumienia dusz i natchnienia, doszukaj膮c r贸wnie偶 wewn臋trznych ukrytych potrzeb w gonitwie obowi膮zk贸w, gdzie w wyznaniach, nie potrzebuj膮 specjalnego przydybania [pi臋knej po艣cieli w 艂o偶u lub erotycznej bielizny], mieleniem [stresem, 偶e okazywanie uczu膰 mog艂o zamarn膮膰], w dzie艅 okryci s膮 prostot膮, gdzie 偶ona gotuj膮ca obiad, witana jest przys艂owiowym prostym klapsem m臋偶a, co sta艂o si臋 ich tradycj膮, a w nocy z kolei dziej臋 si臋 magia, kt贸ra os艂adza ich szare dni, gdzie daj膮 si臋 ponie艣膰 emocjom. Rozpoczynaj膮 nocne ulotno艣ci nami臋tno艣ci膮, ko艅czywszy przygl膮daniem m臋偶a w piwne oczy 偶ony. Mimo wszystko kochaj膮 si臋 nadal od potomnych lat, cho膰 maj膮 momenty, 偶e ci臋偶ko im s臋 dogada膰.

Czytany od do艂u do g贸ry - przypomina par臋 kochank贸w i impuls, gdzie rozpoczynaj膮 znajomo艣膰 gwa艂ownym i nami臋tnym romansem, kt贸ry trwa ju偶 troch臋 za d艂ugo "jak na kochank贸w" - pl膮sy mi艂ostek w nocy powielane przez lata - zaczynaj膮 gr膮 wst臋pn膮, ko艅cz膮c jak zwykle - nami臋tnie w 艂贸偶ku, gdzie zawsze wszystko sprowadza艂o si臋 do jednego. Za艣 w dzie艅 - p贸buj膮 tradycji i stabilizacji, kochanek wita ukochan膮 byle jak, a po ugotowaniu obiadu; nie oczekuj膮 od艣wi臋tnego przydybania [nakrycia sto艂u ozdobnym obrusem], bo nie chc膮 rodzinnej sielanki. A syty obiad odreagowuj膮 upojeniem [jakim艣 trunkiem podanym wcze艣niej do obiadu] i mieleniem [w brzuchu po obiedzie, na 艂o偶u] nast臋pnie w codzienno艣ci, okazuje si臋, 偶e mijaj膮 si臋 ich widzenia [spojrzenia] bo to nikogo z nich nie usatysfakcjonowa艂o. 






Komentarze