Zorganizowanie: Droga do sukcesu - Mama alternatywka i różowa mała wokalistka

 No hej. 

Dawno nie pisałam, mimo długich szponów chcę to zrobić. Zapowiada się długo, ale za to też wartościowo. 

Zacznę zatem od małego wstępu...

A więc, jestem na wspaniałym etapie swojego życia, w które musiało wejść zorganizowanie. Bardzo chcę się tym podzielić, nawet jeśli nikt nie przeczyta, nikt nie pytał i nikomu się nie przyda. Bloga traktuję jako swego rodzaju pamiętnik. Lubię tu wracać. 

To co poniżej zamieszczam w tej treści, jest dla mnie moim wielkim sukcesem, wzruszam się pisząc o tym, a długo zabierałam się, aby zebrać wszystko co wartościowe - Tutaj.

"ORGANIZACJA"

Wcześniej traktowałam to słowo z wielkim "-co? Ja i organizacja? Dobre pomarańczowe". Zresztą nikt nie miał zdrowych zmysłów, aby zawieszać tę etykietę na moim czole. Z reguły ludzie wokół kojarzą mnie z chaosem. Lecz muszę przyznać, że kurwa - MAMY TO!

Kto mnie zna osobiście i zdeka bliżej wie, że bardzo dbam o swój komfort i czas, który jest tylko dla mnie, ale z czasem zrozumiałam, że moje "ja", jest tym wszystkim co pozwoliłam, aby mnie otaczało i jest w moim życiu z mojej własnej woli. Sensowne co?

Po prostu rozejrzałam się wokół, lekko westchnęłam i to był ten moment olśnienia. 

Więc słuchaj dalej, może Ci się przyda. A jak nie to też spoko.

Zajęło mi trochę czasu dojście do tego, że sama podejmuję pewne wybory, za które chcę być odpowiedzialna i z których czerpię przyjemność nad ich opieką i asystą. Sprawiłam, że odpowiedzialność - nie jest już tylko tym, co wypada, a tym, co jest częścią mnie, a więc finalnie - zaczęłam dbać o część mnie, co sprawia, że jest to strefą mojego komfortu i samorealizacji, czasem dla siebie i motywacją. Proste.

1. Obdukcja 

Szczgółowo rozejrzałam się, co mnie otacza, jakie zobowiązania wdrożyłam w swoje życie, moje codzienne przyzwyczajenia, ludzie, rodzina, zachowania. - To wszystko było pierwszym krokiem do realizacji zorganizowania, które dziś daje mi potwornie wysokie poczucie własnej wartości i pewności siebie. Nie będę tutaj prawiła poradnika z cyklu jak być lepiej zorganizowanym. To bez sensu. Chcę tylko podzielić się tym, jak to co mnie otacza, wpłynęło na moje zorganizowanie i co pomogło mi to dostrzec. 


2. Hierarchia 

Wyznaczyłam, co sprawia mi przyjemność i na tej liście znalazło się dbanie o dobro innych, bo skoro wpuszczam do mojego życia pewną osobę, chcę dla niej, dla mnie, dla nas: dobrze - i na tym stop. 

Bo to, że chcemy dobrze nie oznacza tylko pomyślności w działaniu wobec tej osoby, człowiek nie jest ze stali, nie jest nieomylny, a więc te relacje różnie wyglądają. Dlatego postawiłam słowo stop. Nie życzę nigdy nikomu źle. Cieszę się z sukcesów innych ludzi. Nie widzę sensu, aby było inaczej, bo zawiść, zazdrość i brak przebaczeń - gubi. A myślenie o kimś z żalem, nienawiścią i napisanymi chwilę wcześniej odczuciami - świadczyć może o tym, że jesteśmy bardzo zagubieni. Też taka byłam.

Wtedy na tej liście osób w pierwszej kolejności zawitała moja córka i partner. Przecież są dla mnie codziennością, częścią mnie, sensem jakim jest to całe moje jestestwo.

Gdzieś dalej na liście znalazły się plany i cele  w samorealizacji, hobby; muzyka, granie, lifestyle, wygląd, którym się wyrażam, otoczenie w jakim lubię przebywać, rzeczy, które wyznaczają moje przekonania i nurty i tak dalej. 

3. Porządek

Jak już poukładałam sobie co z czym, zaczęłam porządkować TOPkę mojej listy, na której jak idzie się domyśleć była moja rodzina, czyli osoby, z którymi dzielę swoją codzienność, strefę komfortu, tajemnice i właściwie wszystko, bo nawet jak pierdnę to słychać to dwie ściany dalej. Nic się tutaj nie ukryje. 

Uwaga wlatuje teraz złota myśl;

Zastanowiłam się - co zaburza nasze relacje, co sprawia, że czuję się przez najbliższe mi osoby - źle. No i zaczęłam od relacji z ludźmi, z którymi żyje na codzień w domu. - Partner. W między czasie wszedł niczym grom z nieba - kryzys. Codzienne kłótnie, brak szacunku, rzucanie rzeczami, milczenie, specjalne mijanie się we własnym domu, brak czasu dla siebie, co jest dzisiaj dla mnie nie do pomyślenia, aby najbliższe osoby bały się ze sobą rozmawiać, ograniczały się i wykazywały brak szacunku. Nawet bez względu na reakcje, czy będą mijankowe czy konfrontacyjne. Nawet jeśli jedno powie najbardziej absurdalną rzecz dla tej drugiej, to nie ma tu miejsca na dziwne reakcje z cyklu "-Czy Ciebie pojebało?".  To droga jednokierunkowa kochanie. Jedno słucha drugiego, a wyrażanie własnego zdania to nie to samo co zakazywanie, wyśmiewanie, umniejszanie, upokorzenie czy szantaż. Postawiłam więc na głośne mówienie o swoich odczuciach, emocjach i wątpliwościach, wprowadziłam asertywne *nie* i nawet wyszło. Bo kiedy dwie osoby zaczynają więcej rozmawiać to i więcęj są w stanie zrozumieć i pogodzić się z panującymi zasadami, zmianami, wątpliwościami i tak dalej. Wydaje mi się, że Ameryki nie odkryłam, ale powiedz sam/a, no niektórzy tego nie praktykują i mają życie jakie mają. 

Przykład udawania w środowisku innych ludzi: pan "X" potrafi zagadać każdego, tylko nie swoje dziecko czy też partnera (mowa tutaj o relacjach poza najbliższymi, gdzie najczęściej człowiek musi troszkę czasem poudawać np. ze względu na pracę czy aktualną sytuację) nie czyni go to osobą bez jakiegoś problemu, bo ja też w pracy w handlu i z ludźmi - mam wysoko rozwiniętą aparycje i charyzmę. A w między czasie miałam w domu piekło. Teraz mogę tak to nazwać. Pan "X" też mógł sprawiać wrażenie otwartego śmiałego człowieka, a po powrocie z pracy lub od znajomych, w domu; był nie do życia. Nerwy, stres, brak porozumienia z osobami, z którymi dzieli codzienność...

Zaraz wyjaśnię o co mi chodzi.

Trzeba ujrzeć problem najpierw w sobie, później możesz popatrzeć ewentualnie dalej. To nie jest tak, że każdy się na Ciebie uwziął, zataczasz błędnę koło bo taki twój los, że jesteś w sumie nieszczęśliwy lub uważasz, że problem jest we wszystkich innych tylko nie w Tobie. To kwestia właśnie Ciebie, a więc od tego zacznij, inaczej to nie działa. Oczywiście, zdarza się, że osiągnąłeś wewnętrzny sukces, a natrafiasz z jakiegoś powodu na osoby, które ciągną cię w "dół", wtedy jeśli jesteś świadomy siebie i tego co i kto Ciebie otacza - wyeliminujesz to, zanim wyrządzi to Tobie krzywdę, bez krzywdzenia również innych. W tym siebie.

Osoba silna i świadoma - nie wpuści do swojego życia kolejnego toksyka, proste. Bo taka osoba, potrafi używać słowa "nie" i wyznaczać granice swojego komfortu, a dzielenie życia z takimi ludźmi, które nas ciągną w dół, są oznaką naszej słabości, a nie innych. Idź do lustra to powtórzyć.

A więc, temat komunikacji z najbliższymi i uporządkowanie swojej codzienności z nimi - mamy już za sobą. Dzielisz życie z rodziną tzn. rodzicami, rodzeństwem, partnerem, dzieckiem i ewentualnie z psem czy chomikiem lub rybką, a nie ze znajomymi z baru lub pracy. Pamiętaj o tym. To już jest do rozwinięcia na inny temat.

Dlaczego z tymi ludźmi, z którymi łączy Cię najmniej - masz lepsze relacje niż z najbliższymi dla ciebie osób? Myślałeś/aś nad tym? 

Ta zmiana, wywarła duży wpływ na całą resztę, bo naprawdę wiele się przez to zmieniło. Nagle zachciało mi się czytać wieczorem książkę, gdzie wcześniej nie czytałam, wjechało wspólne spędzanie czasu, lepszy humor, stabilność emocjonalna, większy spokój w przestrzeni, inny wymiar wyznaczania dla siebie czasu. No kosmos. Nagle spotkałam się z obupólnym zrozumieniem najbliższych, zaangażowaniem i wsparciem, co było tylko systemem napędowym do dalszych działań. 

4. Spadające gwiazdy

Cele i marzenia, zaczęłam realizować, bo ileż można wyobrażać sobie siebie na Malediwach popijając drinki, w czasie, kiedy opłacona na rok, z góry* pani - sprząta twoją willę? 

Nie no dobra przesadziłam xD. 

Skupiłam się na tym, co realne. Nie wyznaczałam celów nad wyraz moim umiejętnościom i możliwościom. To ważne.

W każdym razie, rozpoczęłam od małych zmian. Marzyłam o opieraniu się o jakiś nurt, czułam się zagubiona, a więc z pieniędzy za moją wykonaną pracę (żeby nie było, że nie za swoje), zakupiłam książki, które w moim odczuciu mogły mnie zmotywować, wyznaczyć wartości i pozwoliły zrozumieć pewne zależności i działania. Zaznaczam, że do wszystkiego doszłam sama, a więc nie będę się dzieliła listą tytułów, ale mogę polecić jeden, który pozwolił mi zrozumieć to - jak odbieram wszystko co mnie otacza w oparciu o fizykę kwantową i pole w jakim się znajduję i w jaki sposób nie łykać smutku,  jakim zalewa mnie narzekająca na swoje życie koleżanka, która jest moją rówieśniczką. Przy takiej beznadziei, jaką mogłaby zwalić na mnie lawiną negatywnych emocji, mogłabym odczuć, że to - czego od siebie oczekuję to dla mnie za dużo, skoro ja marzę o byciu panią prezes, a jej zmartwieniem to zbyt drogie spodnie w sklepie lub biegunka u dziecka. Sorry not sorry.

Claus Walter "Negatywne wpływy energetyczne"

Eliminacja szkodliwych relacji, wzorców, myśli i emocji dzięki nowym osiągnięciom fizyki kwantowej.

Ten tytuł mną wstrząsnął, zmienił tok myślenia, dzięki któremu jestem bardziej świadoma i wdzięczna nie wiem komu i jak, że natrafiłam na tę książkę, która jest po prostu genialna. W końcu nie bez powodu ma 5iu patronów. A gruba nie jest. Posiada bardzo wartościowe informacje. Nauczyła mnie między innymi mówić takim "wampirom energetycznym" (i nie tylko) STOP i zachować moją energię, a nie łykać jak pelikan tej negatywnej.

Następnym krokiem było dostrzeżenie otoczenia, np. że moja córka ma talent, a rodzinne gdybanie wigilijne "ona będzie kiedyś taka czy owaka", nie będzie tylko pogadanką przy karpiu z Biedronki. Moja Sofia jest muzykalna, zawsze kochała tańczyć, rusza się do muzyki, jest dźwiękonaśladowcza i śpiewa. Na spotkaniach rodzinnych kazała wszystkim na siebie patrzeć i rozpoczynała solo koncert. Parkiet był jej, a każdy zachwycony; Ona to wiele osiągnie, a takie dzieci mają łatwiej w przyszłości, ona jest taka zdolna, może będzie śpiewać. - mówili. Co to ma do tego? A dużo, bo zaczynając układać siebie, stałam się bardziej skupiona i zaczęłam dostrzegać potencjał u innych, móc te najbliższe mi osoby wspierać, aby być dla nich bardziej wyrozumiała, efektowna i potrzebna.

Troszkę czasu mijało...

No i stało się. Młoda przyniosła amatorsko - I (solo) miejsce w  piosence dziecięcej, i to nie tak, że w przedszkolu. Rozjebała na łopatki dzieci z województwa. 

A co ja zrobiłam? Przestałam gdybać i rozmyślać, po czym zapisałam Sofię do prywatnej szkoły muzycznej w jakże bardzo młodym wieku, bo jednak ta różowa pantera ma 5 lat. Przyszedł czas weryfikacji, czy nie będzie to dla niej za dużo, czy ma te predyspozycje, czy faktycznie to, czym ona żyje to jest to. I nagle przepełniła mnie duma i łzy szczęścia, bo powedziano mi, że to dziecko ma talent uwarunkowany genetycznie, co sprawi, że jeśli przetrwa te lekcje, może osiągnąć bardzo wiele. Według tego co jeszcze mi powiedziano, talent a wieloletnie ćwiczenia to różnica, bo fakt 1. można każdego nauczyć śpiewać i grać na instrumencie, ale również fakt 2.  Sofia rozpoczyna talentem, który w branży muzycznej nazywa się predysozycją, która sprawia, że takie dzieci mają łatwiej, a zapisane za bajtla - osiągają piorunujące efekty. Robi wrażenie co? Na mnie tak, bo wiele razy, gdy ja zmęczona po pracy chciałam po prostu odpocząć, a ona rozśpiewana o 23:00 pokazywała mi mentalnego fakasa podczas ciszy nocnej, kazałam jej się po prostu zamknąć, dusząc w niej predyspozycje (talent, który się wylewał). Wiele rodziców ucisza rozśpiewane dzieci, ja byłam jednym z nich. Byłam nieskupiona i zajęta swoim komfortem, który marnowałam na 5 godzinne siedzenie na tik toku po przyjściu z pracy. Dziś, jest to dla mnie melodia jej pasji, predyspozycji i dalszych sukcesów w jej rozwoju.  

Widzisz już pewną zależność? Zaczęłam od siebie, aby móc robić coś dla najbliższych. Dotrzegłam w nich coś więcej, a nie tylko bytowanie.

Next.

Wywaliłam wszystkie ubrania z mojej szafy, aby zapełnić je takimi, o jakich zawsze marzyłam, to był dla mnie duży krok do samoakceptacji. W lustrze widzę teraz prawdziwą siebie. Zdarza mi się czasem spotykać ludzi na ulicy, którzy znali mnie kiedyś np. ze szkoły, to bardzo stare około 10letnie znajomości. Za każdym razem słyszę jedno powtarzające się zdanie;

"-Klaudia słuchaj, dla Ciebie to chyba zatrzymał się czas, nic się nie zmieniłaś". Co uznaję za komplement, bo mam świeże spojrzenie na swoje potrzeby, wygląd, czuję się piękna, seksowna i pewna siebie. Jest tak, jak potrzebowałam, żeby było. To, że promienieje z dnia na dzień odświeża, co pewnie po mnie widać. A komplementy tylko mnie motywują. Dalej jestem odważna i nie boję się wyrażania tego, co tak naprawdę lubię. Łańcuchy, czarne sukienki, amulety, żelastwo na twarzy czy też buty na platformie i zielone włosy. 

A skoro już o wyglądzie piszę...

Moją osobę przez wiele lat przepełniała przebojowość jak się na coś uparłam. Piercing, który był dla mnie ważny, a równocześnie był niczym isotnym dla mojej rodziny - dziś już taki nie jest.

Co takiego ma kolczyk w nosie do sukcesu? 

Okazałam ogrom determinacji w tym, czym dla mnie jest sama idea profesji piercera jak i posiadaczki błyskotek i doceniono mnie. Nie czekałam, aż ktoś zacznie mnie oklaskiwać, robiłam i robię to z pasji, z samozawzięcia i żyje tym.

Właśnie zdobyłam uznanie najbliższych, zrozumieli, że to dla mnie coś więcej, a ja nigdy nawet nie zamierzałam się poddać, nawet robiąc kolczyki po kątach w domu do końca tego życia. (Zaraz się popłaczę) ... Właśnie jestem w trakcie otwierania swojego salonu/gabinetu. W notatniku tworzę mocny biznes plan, możliwości rozwoju, planuje marketing, remont, wygląd i wyposażenie. 

W między czasie otrzymałam certyfikat z laserowego usuwania tatuażu i makijażu pernametnego w celu poszerzenia mojej oferty, zaraz kolejne doszkalania. Mam wcześniej wspomniane uznanie, wsparcie, słowa otuchy i przepełniające mnie szczęście. Nie robię z samorealizacji przykrego obowiązku, zaczęłam traktować to jak misję, którą muszę wykonać, bo wiem, że podołam. Zasługuję na to. Proste. 

Wierzyłam w to od początku, a z dnia na dzień myślałam zadręczając się, co mogę zrobić dla siebie lepiej. Zaczęło się od chęci zmian, krótkich rozmów, chwilowego złapania oddechu, polepszenia relacji z najbliższymi, determinacji, która przyszła sama, jednej czy drugiej książki, dostrzeganie i bycie wdzięczną za to co już mam, nie myśląc o tym, czego nie mam, być dobrą i szczerą (nie mylić z chamstwem) dla innych bezinteresownie, cieszyć się z każdego dnia i małych sukcesów, patrzeć w lustro z podziwem, a za chwilę spełniam swoje marzenie o stworzeniu mojej strefy komfortu, w której będę mogła szerzyć tolerancję i miejsce, dla każdego. No kurwa. (Rycze.)

5. Orgnizacja =/= brak czasu dla siebie

Praca w systemie 12 godzinnym, 5 letnie dziecko z dodatkowymi zajęciami za nie mały pieniądz, dwa psy, klienci w domu, nauka weekendowa, partnerstwo, otwierający się biznes, planowanie dalszych celów i szkoleń... a tydzień ma tylko 7 dni.

Czy to oznacza, że nie mam czasu dla siebie? 

pozwolę sobie odpowiedzieć pytaniem na pytanie;

A dlaczego brakiem czasu mam nazywać swoje sukcesy? ;)






Komentarze